skip to main |
skip to sidebar
"Jest tak gorąco, że tenisówki przyklejają do asfaltu" tymi słowami rozpoczął, dobrych kilkanaście lat temu, swoja Listę Przebojów Niedźwiecki. Pamiętam, że bardzo mnie to rozbawiło. Zresztą, nie wiedzieć czemu, do dziś mnie bawi :) Może to nostalgia za szczeniackimi latami z uchem przyklejonym do radia? Pamiętacie Listę Przebojów?
Wrócimy jednak do upałów. Gdy jest tak gorąco, to nic się nie chce. Przynajmniej mnie. Zapadam w letarg i czekam, aż upał straci na sile, co zazwyczaj następuje w późnych godzinach wieczornych. Wtedy mogę w końcu coś zjeść, bo w ciągu dnia nie mam ochoty na żadne śniadania, obiady czy kolacje. Mam ochotę pić. Pić litrami cytrynowa lemoniadę.

Podwójnie cytrynowa lemoniada z miętą:
4 cytryny
3 limonki
125 ml syropu z trzciny cukrowej (lub 5-6 łyżek cukru)
garść listków mięty
litr zimnej, mocno gazowanej wody
kilka kostek lodu
Przygotowanie:
Cytryny i limonki bardzo dokładnie wyszorować pod gorącą wodą. Wycisnąć sok z 3 cytryn oraz 2 limok i przelać do dużego dzbanka. Dodać z syrop z trzciny cukrowej, pozostałą cytrynę oraz limonkę pokrojone w cienkie plasterki. Na końcu dorzucić umyte listki mięty. Zamieszać, wstawić do lodówki na 30 minut. Przed podaniem dodać kostki lodu.
Na zdrowie :)
RECETTE EN FRANÇAIS: Rafraîchissante limonade aux deux citrons et à la menthe
Zmobilizowana przez Micha przekopałam się przez setki bardzo monotonnych zdjęć z naszego tygodniowego pobytu w Toskanii, a dokładniej na Monte Argentario, gdzie gościł nas, w swoim przepięknym domu, Peter (grazie mille cugino! :)).
Nie pamiętam kiedy ostatni raz spędziliśmy wakacje pod znakiem totalnego lenistwa. Zazwyczaj intensywnie zwiedzamy, pływamy, nurkujemy, wstajemy o świcie, żeby uczyć się do kolejnych egzaminów, przemierzamy górskie szlaki. Tym razem nic z tych rzeczy! Jedynym naszym zajęciem było objadanie się owocami morza, raczenie się wspaniałymi winami oraz oddawanie się lekturze. Nawet Looko, nasz 9-letni labrador, który zazwyczaj nie może usiedzieć pięciu minut w jednym miejscu, wylegiwał się w cieniu, jedynie od czasu do czasu, dając nam do zrozumienia, że chętnie by się ochłodził w morzu :)






EN FRANÇAIS: Farniente toscan
Przez ostatnie 2 tygodnie mokliśmy nad naszym pięknym Bałtykiem. I choć deszcz towarzyszył nam niemalże codziennie nie przeszkodziło to nam jednak w spędzeniu cudownych wakacji w gronie najbliższych przyjaciół.
O dziwo, pomimo deszczu, wróciliśmy opaleni. Mnie nawet skutecznie udało się przypalić nogi zapominając, że nadmorskie słońce nawet nieśmiało wyglądające zza chmur bywa zdradzieckie. Bardzo zdradzieckie...
Pomimo deszczu, a może raczej dzięki niemu, zwiedziliśmy kolejny, spory kawałek Zachodniego Pomorza. Trzeci już z rzędu pobyt w tej okolicy utwierdził nas w przekonaniu, że słusznie postąpiliśmy wybierając ten właśnie kawałek Polski na wakacyjną rezydencję. Mamy tylko nadzieję, że kiedyś uda nam się wybudować tam naszą drewnianą chatę, która przez okrągły rok tętnić będzie śmiechem naszych przyjaciół i znajomych.
Zmęczeni dwudniową podróżą z przygodami (samochód postanowił się zepsuć na niemieckiej autostradzie), gdy w końcu dotarliśmy do ruiny, zapragnęliśmy zjeść coś szybkiego i prostego. Coś, od czego obydwoje jesteśmy uzależnieni...

Sałatka z pomidorów i zielonej fasolki – porcja dla 2 osób:
300 g dojrzałych pomidorków koktajlowych
300 g zielonej, płaskiej fasolki*
2 dymki
garść zielonej pietruszki
kilka łyżek dobrej oliwy o zdecydowanym smaku
sól
świeżo mielony czarny pieprz
Przygotowanie:
Fasolkę ugotować w osolonej wodzie nie przykrywając garnka. Odcedzić, gdy będzie jeszcze trochę twarda. Przelać zimną wodą i odstawić do ostygnięcia.
W tym czasie pomidorki pokroić na pół, a dymkę w plasterki. Gdy fasolka przestygnie pokroić ją na 5 cm długości kawałki. Wymieszać delikatnie wszystkie warzywa. Skropić obficie oliwą i doprawić do smaku solą oraz pieprzem. Na końcu dodać zieloną pietruszkę. Podawać natychmiast. Gorąco polecam maczanie w sosie kawałka czerstwego chleba... hmmm dla mnie bomba ;)
Smacznego!
*Nie mam pojęcia jak ta odmiana fasolki nazywa się po polsku. Tutaj występuje pod nazwą haricots cocos lub haricots plats. Można ją oczywiście zastąpić fasolką szparagową. Nie polecam natomiast zamiany na groszek cukrowy, bo tutaj akurat zupełnie się on nie sprawdzi.
RECETTE EN FRANÇAIS:...
Przez wieki bób był jednym z najważniejszych źródeł białka w wielu krajach Azji, Afryki oraz Europy. Jednak nie wszyscy spieszyli się, żeby poznać jego smak. Przedstawicie wyższych klas starożytnego Egiptu omijali bób szerokim łukiem twierdząc, że jest on niegodnych ich delikatnych podniebień :) Sytuacja na szczecie uległa zmianie i dziś suszony bób wchodzi w skład popularnego dnia kuchni egipskiej Ful Mudammas.
Podobno Pitagoras nazywał bób fasolą umarłych, gdyż zdarzało się, że niektóre osoby z bliżej nieokreślonych powodów, najprawdopodobniej genetycznych wad, reagował na spożyty bób w bardzo nieprzyjemny sposób.
Bób najbardziej przypadł do gustu Rzymianom, którzy dodawali i dodają go do wielu najróżniejszych dań. Włosi zajadają się młodym, surowym bobem delikatnie skropionym oliwą i wymieszanym z płatkami pecorino. Dodają do zup, risotto, frittat czy makaronów*.
Sezon na bób powoli mija. Aby nacieszyć się jeszcze jego smakiem, zrobiłam naszą ulubioną sałatkę z bobem i groszkowym-miętowym pesto.
Sałatka jest banalnie prosta. A gdy uda nam się przekonać członków rodziny do współpracy przy łuskaniu groszku i bobu, można zaryzykować stwierdzenie, że robi się w 5 minut :)
Bardzo ładnie się prezentuję w niewielkich szklaneczkach zwanych po francusku verrines (od fran. verre czyli szklanka). Takie zielone verriny wyglądają bardzo efektownie i świetnie się nadaję do rozpoczęcia wspólnego biesiadowania.
Ostatnio podałam ją jako dodatek do grillowanych mięs i warzyw. Wszystkim bardzo się spodobała. Gdyby zostały Wam resztki, w co szczerze wątpię, możecie roznieść ziarenka bobu i zużyć ją jako pastę do kanapek :)

Sałatka z bobu z groszkowo-miętowym pesto** - porcja dla 6 osób:
450 g świeżego bobu (po wyłuskaniu)
250 g zielonego groszku (może być mrożony)
4 ząbki czosnku
15 plastrów plasterków suszonego boczku (można zastąpić pancettą, lub wędzonym, chudym boczkiem)
100 g parmezanu
garść listków mięty
garść migdałowych płatków
10 łyżek oliwy
2 cytryny
sól
czarny pieprz
Przygotowanie:
Bób wraz z czosnkiem ugotować w niesolonej wodzie, do momentu, aż będzie al dente. Przelać zimną wodą, osuszyć. Obrać ze skórki.
W ten sam sposób potraktować zielony groszek pomijając obieranie groszku ze skórki ;) Po osuszeniu zmiksować z oliwą, ugotowanym czosnkiem, sokiem z cytryn, parmezanem oraz miętą. Wymieszać z bobem i doprawić do smaku solą i pieprzem.
Piekarnik nagrzać do 250°C. Plasterki boczku rozłożyć na blasze, wstawić do piekarnika na około 10 minut, aż tłuszcz się wytopi i boczek stanie się chrupiący. Podpiec migdały na suchej patelni. Oprószyć sałatkę migdałami, pokruszonym boczkiem oraz płatkami parmezanu.
Smacznego!
*Zródło „Les 1001 saveurs” wyd. Flammarion
**Oryginalny przepis, nieco przeze mnie zmodyfikowany, pochodzi z książki Jamie’s Kitchen.
RECETTE EN FRANÇAIS:...
Za każdym razem gdy przyjmujemy w ruinie gości, prześladuje mnie wizja zgłodniałych biesiadników smutno wpatrujących się w pusty talerz oraz mnie samej błąkającej się po pustej kuchni w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Zimny pot mnie oblewa na myśl, że mogłabym przygotować za mało jedzenia...
Gdy przegotowuję posiłki dla nas dwojga, nie mam problemu z ugotowaniem odpowiedniej ilości. Natomiast gdy przychodzi do ugoszczenia przyjaciół, puszczają mi nerwy i zazwyczaj gotuję jak dla zgłodniałego pułku wojska... Efekt jest tego taki, że po wyjściu gości staję przed dylematem : co zrobić z pozostałą furą jedzenia? Często goście zostają obdarzeni porcjami na wynos, resztę zjadamy z P’tit Suiss’em na obiad w pracy. O ile różnego rodzaju sałatki można zjeść na zimno, a zapiekanki, mięso, czy zupy bez problemu odgrzać w biurowej mikrofalówce, o tyle odgrzewane risotto czy kluchy wzbudzają naszą niepohamowaną niechęć.
Kiedyś, gdy zostałam z połową garnka niezjedzonego risotto pożaliłam się ZiiCri, która wykrzyknęła : Zrób fritatę! Od tamtej pory gdy robię risotto lub makaron z pełną premedytacją gotuję jak dla całej armii :) Nie straszne mi resztki! Fritatę można zjeść na zimno, na ciepło lub potraktować jako wypełniacz kanapki. Mówię Wam, niebo w gębie :)

Frittata z makaronem i szparagami – porcja dla 2 osób:
około 300 g resztek makaronu wraz sosem (mnie akurat zostały fettuccine z zielonymi szparagami, śmietaną, bazylią i zieloną pietruszką)
3 jajka
2-3 łyżki startego parmezanu
1 łyżka śmietany
1 łyżka oliwy
garść bazylii i zielonej pietruszki
sól
pieprz
Przygotowanie:
Jajka delikatnie rozbełtać, dodać śmietanę, parmezan, zioła. Doprawić do smaku solą i pieprzem. Dodać zimny makaron i delikatnie wymieszać.
Rozgrzać oliwę na patelni. Przelać całą masę na patelnie i zmniejszyć ogień. Smażyć na wolnym ogniu pod przykryciem. Gdy fritata ładnie się przyrumieni, przełożyć, w podobny sposób jak tortillę, na drugą stronę i przyrumienić.
Do przygotowania fritaty możecie użyć każdego rodzaju resztek makaronu lub risotto. Żeby wzmocnić jej smak dorzucam do jajek przyprawy lub zioła, które już znajdowały się w sosie. To samo dotyczy się serów. Możecie także dodać ricottę lub biały ser.
Smacznego!
RECETTE EN FRANÇAIS: De l’art d’accommoder les restes…
...czyli sałatka, która przygotowuje się równie szybko, co znika ze stołu :) Na dodatek świetnie się sprawdza w lunch boxie lub jako dodatek do grillowanego mięsa.
Obydwoje uwielbiamy ciecierzycę i dlatego często gości ona na naszym stole. Dodaję ją do zup, sałatek, robię pasty na bazie ciecierzycy, jak choćby słynny hummus, do którego dodaję także inne warzywa. Ciecierzyca świetnie smakuje z makaronami. Couscous bez okrągłych ziarenek ciecierzycy, to jak młoda kapusta bez koperku ;)
Z mąki z ciecierzycy przygotowuję indyjskie kofty i pakory, sycylijskich panele, czy liguryjskie farinate lub po prostu mieszam ją z innymi rodzajami mąki i smażę placki.
Rzadko używam ciecierzycę z puszki. Zawsze mam jej coś do zarzucenia. Albo nie odpowiada mi jej smak, albo konsystencja. Natomiast kilogramami kupuję suszoną ciecierzycę, zwracając uwagę na to, aby wybierać odmiany o jak najmniejszych ziarenkach, które mają zdecydowanie więcej smaku.
Wróciliśmy z Toskanii i okazało się, że jeszcze udało mi się załapać na końcówkę Tygodnia z Ciecierzycą, który zorganizowała Aga-Aa. Bardzo się z tego powodu ucieszyłam, tym bardziej, że ostatnio chronicznie brakuje mi czasu na wspólne, blogowe gotowanie.

Sałatka z ciecierzycą, marchewką i selerem naciowym - porcja dla 4 osób :
1 szklanka suszonej ciecierzycy (można zastąpić ciecierzycą z puszki)
3 marchewki
2 łodygi selera naciowego
1 dymka
kilka łyżek oliwy o mocnym, zdecydowanym smaku
sól
świeżo mielony pieprz
Przygotowanie:
Ciecierzycę moczyć przez 12 godzin. Następnie gotować ją, około 45 minut, w wodzie z moczenia. Nie solić wody! Odcedzić ciecierzycę i zostawić na sitku do przestygnięcia.
W czasie gdy ciecierzyca się gotuje, pokroić marchewki w niewielką kostkę, selera naciowego oraz dymkę w cienkie plasterki. Dodać przestudzoną, jeszcze ciepłą ciecierzycę. Doprawić do smaku solą i pieprzem. Polać oliwą i wymieszać. Odstawić na 20-30 minut, żeby smaki mogły się przegryźć.
Podawać z pajdą dobrego, wiejskiego chleba oraz kieliszkiem dobrze schłodzonego, białego, wytrawnego wina.
Smacznego!
RECETTE EN FRANÇAIS: Pois chiches et légumes croquants...