środa, 25 listopada 2009

Diabel, risotto z rukwia wodna i bialym pieprzem z Penja

Gdy 2 lata temu zaczynałam pisać mojego bloga, przyrzekłam sobie, że będzie to blog bez reklamy, bez względu na to czy miałaby być ona płatna czy nie. Zależało i nadal mi zależy na tym, aby móc pisać, bez ograniczeń, o tym, co mi się podoba lub nie, co lubię lub czego nie lubię, bądź, co mnie denerwuję i wkurza.
Od jakiegoś czasu, otrzymuję regularnie propozycje różnego typu współpracy. Nie ukrywam, że sprawiam mi ogromną przyjemność, że mój blog wzbudza zainteresowanie. Bądź co bądź właśnie o to chodziło, nieprawdaż? ;)
Jednak opisywanie zalet i wartości zdrowotnych margaryny produkowanej przez znaną markę uśmiecha mi się średnio. Nawet jeśli miałabym otrzymać za to wynagrodzenie... Tym bardziej, że my w ogóle nie jadamy margaryny. To samo tyczy się zachwalania jakości sportowych butów ozdobionych znanym wszystkim przecinkiem, tudzież marki samochodów pochodzących z dalekiej północy... Chociaż, gdyby akurat ta ostania marka zechciała podarować mi jeden ze swoich modeli, to kto wie, może bym się nagięła i maznęła kilka pochlebnych słów... ;)
Krótko mówiąc, za reklamę dziękujemy! No prawie...
W czasie ostatnich wakacji otrzymałam mail, w którym jedna z doskonale mi znanych francuskich firm specjalizująca się w przyprawach, zaproponowałam mi współpracę. Propozycja wzbudziła moje zainteresowanie, tym bardziej, że wspomniane produkty używam od dawna. Zapytałam się więc jak ta nasza współpraca ma wyglądać. W odpowiedzi poinformowano mnie o chęci przesłania mi próbek do degustacji. I to wszystko? Zaczęłam się dopytywać. Co w zamian muszę zrobić? Nic. W pierwszej chwili pomyślałam, że mój francuski płata mi figle... Jak to nic? Żadnej reklamy jawnej, czy ukrytej, żadnego zachwalania? No… Nic. Jeśli próbki mi się spodobają, to mogę napisać, jeśli nie, to też mogę… W ten oto sposób zaprzedałam duszę diabłu ;) Żeby jednak nie było wątpliwości... tylko temu jednemu!


W pierwszej kolejności moje uwagą zwróciła niewielka puszka z białym pieprzem. Szczerze się przyznam, że na samą myśl o białym pieprzu niekontrolowanych grymas pojawia mi się na twarzy. Nie znoszę jego smaku, który przypomina mi zgniłe liście... Wprawdzie nigdy takich nie jadłam, jestem jednak przekonana, że właśnie tak smakują ;) Poza tym biały pieprz ma zbyt ostry smak, który zazwyczaj tłumi smak potrawy. No i przede wszystkim dla mnie biały pieprz po prostu śmierdzi!
Z pewną taką nieśmiałością otworzyłam puszeczkę i... okazało się, że już sam zapach tego pieprzu nie ma nic wspólnego z białym pieprzem, z jakim do tej pory przyszło mi mieć do czynienia.

Oto notka, jaką została załączona do opakowania:
Pochodzenie: Kamerun.
Pieprz biały uzyskuje się z całkowicie dojrzałych owoców, z których usuwa się zewnętrzną, mięsistą łupinę. Gleba pochodzenia wulkanicznego, na której rosną pnące krzewy pieprzu nadaje im niepowtarzalnego charakteru i smaku. Uprawiany w tradycyjny sposób biały pieprze z Penja, cieszy się ogromnym powodzeniem wśród koneserów.
Zastosowanie: wieprzowina, wołowina oraz dziczyzna; wzbogaca smak ryb.

Wszystko pięknie, poza ceną... przynajmniej tutaj biały pieprz z Penja osiąga cenę przyprawiającą o zawrót głowy :( Nie znalazłam także informacji czy Terre Exotique prowadzi sprawiedliwy handel (faire trade) i czy część zysków ze sprzedaży tego pieprzu jest rozprowadzana pomiędzy jego kameruńskich producentów. Mam nadzieje, że tak jest, gdyż w przeciwnym wypadku ten niezwykle ciekawy pieprz straciłyby wiele w moich, i nie tylko moich, oczach...

Aby móc całkowicie przekonać się do tego pieprzu i ostatecznie wypróbować jego smak postanowiłam doprawić nim risotto z rukwią wodną. To był strzał w dziesiątkę ! Świeżo rozbity w moździerzu pieprz wspaniale podkreślił przyjemnie ostry smak rukwi.


Zanim jednak podam Wam przepis na risotto, jeszcze kilka słów o samej rukwi wodnej (Nasturtium officinale). W smaku rukiew wodna przypomina odrobinę daikon czyli rzodkiew japońską, o której, jakiś czas temu, pisał Desmond.
Rukiew wodną można przygotowywać na najrozmaitsze sposoby. Poszatkowana świetnie nadaje się do posypywania chleba z masłam. Możemy dodać ją do mieszanki sałaty, zmiksować i przygotować z niej zupę, lub ugotować jak szpinak.
Dziko rosnącą rukiew można spotkać nad brzegami potoków oraz czystych zbiorników wodnych. Zbieranie jej jest jednak mocno niewskazane ze względu na możliwość występowania na jej na liściach jaj motylicy. Uprawiana rukiew wodna jest wolna od tych pasożytów.
Właściwości użytkowe i lecznicze rukwi zostały już odkryte w Starożytności. Przypisywano jej siły magiczne oraz uznawano za silny afrodyzjak, co powodowało, że rukiew wchodziła w skład wielu najdziwniejszych eliksirów. Rzymianie zajadali się rukwią wodną w nadziei, że zapobiegnie ona łysieniu. Z kolei Grecy byli świecie przekonani, że spożycie rukwi wodnej po mocno zakrapianej imprezie uchroni ich od nieprzyjemnych objawów kaca... Coś jak nasz sok z ogórków kiszonych :)


Risotto z rukwią wodną i białym pieprzem z Penja – dla 4 osób:
700 ml bulionu warzywnego
100 ml śmietany
1 pączek rukwi wodnej
5 garści ryżu carnaroli lub arborio
2 garście połamanych orzechów
2 ząbki czosnku
1 średnia cebula
1 łyżka oliwy
1 łyżka masła
4 ziarenka białego pieprzu z Penja (świeżo roztartego w moździerzu)
sól
50 g solonej ricotty

Przygotowanie:
Dokładnie umyć i odsączyć rukiew wodną. Poszatkowany czosnek wraz z cebulą delikatnie zeszklić na oliwie z masłem uważając, aby się nie przyrumieniły. Dodać ryż. Podsmażyć. Gdy ryż stanie się przezroczysty dodać połowę pęczka rukwi wodnej. zalać gorącym bulionem, tak aby zakrył on cały ryż.
Gotować na średnim ogniu od czasu do czasu mieszając. Gdyby ryż pochłonął cały bulion i nadal był twardy, należy ponownie dolać trochę gorącego bulionu. Gdy ryż jest jeszcze bardzo al dente, zestawić garnek z gazu, dodać pozostałą rukiew, orzechy i śmietanę. Wymieszać dokładnie, przykryć i odstawić na 5 minut na wyłączonym, gorącym palniku.
Doprawić do smaku solą i świeżo mielonym roztartym pieprzem. Podawać oprószone soloną ricottą.

Smacznego!


RECETTE EN FRANÇAIS: Le Diable, risotto au cresson de fontaine et poivre blanc de Penja

poniedziałek, 9 listopada 2009

Krem brûlée z dynia Hokkaido

Ten przepis, jak wiele innych zresztą, miał wziąć udział w Dyniowym Festiwalu Bei. Nie wziął. W miedzy czasie ciężkie chmury przysłoniły słońce. Ciężko jest cieszyć się ze wspólnej zabawy, gdy myśli błądzą daleko. Ciężko jest pisać, gdy każde napisane słowo wydaje się być nie na miejscu. Ciężko jest napawać się smakiem ulubionych potraw, gdy bliska nam osoba przegrywa walkę z chorobą, której pokonać nie można. Wszystko wydaje się takie banalne i bez sensu.
Wybaczcie moje milczenie. Jestem. Cały czas czytam Wasze komentarze i przepiękne wypisy na Waszych blogach. Nie stacza mi jednak siły, żeby napisać coś ode mnie.


Krem brûlée z dynią Hokkaido - porcja dla 4 osób:
250 g dyni Hokkaido (waga po wydrążeniu)
350 ml pełnotłustego mleka
300 ml śmietanki kremówki (35% zawartości tłuszczu)
100 g brązowego cukru trzcinowego
5 żółtek
1 łyżeczka przyprawy do pierników
szczypta soli
4 łyżki cukru

Przygotowanie:
Dynię dokładnie umyć, wydrążyć i pokroić w kostkę. Dyni Hokkaido nie powinno się obierać. Jej skórka jest bardzo cienka i nadaje pięknego koloru i wyrazistego smaku potrawom.
Zalać pokrojoną dynię połową mleka i gotować, aż zacznie się rozpadać. Dokładnie zmiksować. Wymieszać z resztą mleka, śmietanką i przyprawą do pierników oraz szczyptą soli. Doprowadzić powoli do wrzenia. Nie gotować!
W tym czasie wymiesza delikatnie żółtka z cukrem. Cały czas mieszając, wlać na żółtka gorącą śmietankę. Rozlać krem do żaroodpornych foremek.
Nagrzać piekarnik do 100°C. Na głębokiej blasze ustawić foremki z kremem i wstawić blachę do piekarnika. Wylać na nią tyle wody, aby sięgała do 3/4 wysokości foremek.
Piec około 45 minut, do momentu, gdy krem się zetnie, a po poruszeniu foremką nadal będzie sprężysty. Studzić na kratce. Zimny krem wstawić na kilka godzin do lodówki.
Tuż przed podaniem oprószyć każdą porcję kremu cukrem i skarmelizować przy pomocy gazowego palnika lub pod bardzo mocno rozgrzany grillem w piekarniku. Podawać natychmiast.

Smacznego!

RECETTE EN FRANÇAIS: Crème brûlée au potimarron

sobota, 3 października 2009

Cytrynowe ciasto z sosem z owocow marakui

Na całym świecie istnieje około 500 gatunków Passiflory, inaczej zwanej Męczennicą (Passiflora edulis). Jej uprawa skoncentrowana jest w Ameryce Południowej, Australii, w niektórych regionach Afryki oraz na wsypach Fidżi, Hawajach oraz Sri Lance. Na dużą skale uprawiane są głownie dwa gatunki. Męczennica purpurowa (owoc widoczny na zdjęciu), o pomarszczonej woskowatej skórce oraz Męczennica żółta o nieco większych owocach pokrytych gładka, pomarańczową skórka. Pierwszą odmianę częściej używa się do spożywania na surowo, w koktajlach lub lodach. Druga, żółta odmiana o zdecydowanie bardziej kwaskowym smaku, używana jest przede wszystkim w przetwórstwie spożywczym.
W owocach marakui znajdziemy dużo witaminy C oraz sporo wapnia i żelaza. Poza tym 100 g owocu dostarcza 75 kalorii, co jeszcze bardziej zwiększa jego atrakcyjność ;)
Aby dostać się do niezwykle aromatycznego, kwaskowatego miąższu należy owoc rozkroić na pół i wyjąć łyżeczką miąższ wraz z pestkami. Następnie, aby uzyskać sok wystarczy przetrzeć miąższ przez sitko. Zawsze zachowuję 2-3 łyżki czarnych pestek, które są jak najbardziej jadalne i przepięknie prezentują się w ciastach, lodach i sosach owocowych.


Przepiękne kwiaty passiflory oraz jej owoce o egzotycznym, kwaskowatym smaku zawsze mnie fascynowały. Kiedyś nawet miałam ich prywatną uprawę na naszym mocno nasłonecznionym balkonie, na którym męczennica czuła się najwyraźniej wspaniale, bo co roku przepięknie kwitła i owocowała. Nigdy jednak nie dane było nam spróbować owoców własnej produkcji... Nasze brytany, zwłaszcza berneńczyk, były szybsze :) Gdy owoc marakui był gotowy do spożycia, Nikos spokojnie podchodził i po prostu go zjadał nie zwracając najmniejsze uwagi na nasze głośnie protesty.


Cytrynowe ciasto z sosem z owoców marakui – podłużna forma o długości 30 cm.
Ciasto:
250 g mąki
165 g cukru
75 g masła
2 jaja
2 żółtka
pół szklanki tłustego, greckiego jogurtu Total
półtorej łyżeczki proszku do pieczenia
2 łyżki świeżo wyciśniętego soku z cytryny
2 łyżki świeżo wyciśniętego soku z marakui wraz z pestkami
skórka otarta z 1 cytryny
szczypta soli

Sos owocowy:
1 szklanka cukru
sok z 10 marakui
sok z 1 cytryny

Przygotowanie:
Piekarnik nagrzać do 170°C. Formę na keks wyłożyć papierem do pieczenia. Rozpuścić i przestudzić masło.
Przesiać mąkę wraz z proszkiem do pieczenia. Dodać cukier, szczyptę soli i wymieszać. Jajka i żółtka delikatnie ubić. Wlać do mąki i delikatnie mieszać za pomocą miksera do uzyskania gładkiego, lśniącego ciasta. W tym czasie ubić trzepaczka masło z jogurtem, sokiem z cytryny i marakui. Dodać do ciasta i ponownie dokładnie wymieszać. Przelać ciasto do formy. Piec, około 60 minut, do suchego patyczka.
W tym czasie przygotować sos. W garnuszku z grubym dnem wymieszać cukier z sokiem z cytryn i marakui. Delikatnie podgrzewać aż cały cukier się rozpuści i sos zacznie gęstnieć.
Po wyjęciu ciasta z piekarnika, gęsto ponakłuwać je drewnianym patyczkiem. Polewać ciasto gorącym sosem starając się aby jak najwięcej sosu wsiąkło w dziurki po patyczku. Pozostawić do całkowitego ostygnięcia.

Smacznego!


RECETTE EN FRANÇAIS: Cake au citron et sauce de fruits de la passion

środa, 30 września 2009

Ostatni dzien lata... pierwszy dzien jesieni...

Kiedy, 14 lat temu, po raz pierwszy Ptit Suisse zabrał mnie do górskiej chaty (słynnego już szaletu ;)) w dolinie Turmanntal, nie miałam najmniejszego pojęcia czego się spodziewać. Znałam Bieszczady i Tatry. W Alpach byłam pierwszy raz w życiu.
Na prawie 2000 mnpm wjeżdżaliśmy po ciemku. Na szczęście Ptit Suisse zna drogę na pamięć... Nie było widać nic poza usianym gwiazdami niebem. Podejrzewałam, że tam musi być pięknie. Jednak gdy rano otworzyłam okiennice i zobaczyłam błękitne niebo oraz lodowiec, potrzebowałam dobrych kilku chwil, żeby poradzić sobie z totalnym opadem szczeki. Potem wyrwało mi się bardzo niecenzuralne słowo... ;)

Zapraszam do wspólnego zdobywania szczytów :)


















EN FRANCAIS:...

czwartek, 24 września 2009

Pierre Hermé, brownies, koniak i zlote perelki


Kolejna, 13-sta edycja, Weekendowej Cukierni dobiega końca. Jeżeli jeszcze najdzie Was ochota na przyłączenie się do wspólnej zabawy, to macie trzy dni na zakasanie rękawów i popełnienie zaproponowanego ciasta. Nie będziecie żałować! Wszystkich tych, którzy obawiają się, że ciasto jest pracochłonne wyprowadzam z błędu. Ono tylko tak strasznie wygląda, robi się je w mgnieniu oka, zawłaszcza gdy do pracy zagoni się pozostałych domowników... w końcu jak chcę jeść, to niech trochę popracują ;)
Pod koniec weekendu, nie zapomnijcie przesłać mejla do Młodej z linką do przepisu na Waszym blogu. Ona już zajmie się resztą. Dziękuję Poleczko :*

Ja zmuszona jestem pospieszyć się z publikacją moich zmagań z przepisem Pierre Hermé, ponieważ, jak już wcześniej to zostało zapowiedziane, wrześniowe weekendy spędzamy w szalecie (fran. chalet – chata/domek w górach i nie tylko :)) kompletnie odcięci od netu oraz telefonu. Świat może się zawalić, a my będziemy żyć w nieświadomości... przynajmniej do niedzieli wieczorem. To jeszcze muszę się Wam pochwalić, bo od tygodnia chodzę dumna i blada, gdyż w zeszłą niedzielę pokonałam samą siebie oraz przełęcz Forcletta na wysokości 2876 mnmp. Pokonałam i nie umarłam, co należy okreścić mianem cudu :D

Dziękuję za wspólną zabawę i życzę Wam pięknego, jesiennego weekendu. Do zobaczenia wkrótce!



Pierre Hermé, brownies, koniak i złote perełki:
przepis pochodzi z książki Pierre'a Hermé "Mes desserts préférés" Agnès Vienot Editions, 2003, str. 195

Złote perełki, czyli rodzynki:
120 g żółtych rodzynek (koniecznie muszą być żółte, bo wtedy ładnie wyglądają:))
70 g wody
70 g koniaku (można zastąpić rumem)

Rodzynki umieścić w niewielkim garnuszku. Zalać je wodą i zagotować. Gotować przez 1-2 minuty do momentu, aż woda prawie całkowicie wyparuje.
Zdjąć garnuszek z ognia, zalać koniakiem i podpalić, starając się przy okazji nie poparzyć paluchów, tudzież nie puścić z dymem kuchni ;)
Potrząsać płonącym garnuszkiem do moment, aż płomień zgaśnie. Przełożyć do szklanej miseczki, dokładnie przykryć i ostudzić. Przechować w lodówce nawet do 5 dni. Rodzynki najlepiej przygotować dzień wcześniej.

Brownies:
70 g poszatkowanej gorzkiej czekolady
130 g miękkiego masła
2 jajka średniej wielkości, w temperaturze pokojowej, delikatnie ubite
125 g cukru
60 g przesianej mąki
100 g grubo poszatkowanych orzechów pecan (można zastąpić włoskimi)

Nagrzać piekarnik do 180°C. Wysmarować tortownicę o ø 22 cm masłem i wyłożyć papierem do pieczenia.
Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej. Zdjąć z ognia i odczekać, aż jej temperatura spadnie do 45°C (gdy robiłam pierwszym razem, nie miałam termometru... i też wyszło ;)).
Masło delikatnie wymieszać przy pomocy silikonowej łopatki do momentu, aż uzyska kremową konsystencję (oczywiście użyłam miksera na najwolniejszych obrotach ;)) Dodawać, cały czas dokładnie mieszając, czekoladę, jajka, cukier mąkę oraz orzechy pecan.
Przełożyć ciasto do tortownicy. Piec około 10-13 minut. Ciasto powinno mieć suche brzegi i delikatnie kleić się po środku. Wyjąć z piekarnika i pozostawić do ostygnięcia.
Ciasto, dokładnie zawinięte, można przechowywać przez 2 dni w lodówce lub przez miesiąc w zamrażalniku.

Crème pâtissière:
125 g pełnotłustego mleka
1/2 laski wanilii
2 małe żółtka
25 g cukru
11 i 1/2 g przesianej Maïzeny (lub mąki ziemniaczanej)
12 i 1/2 g miękkiego masła

Laskę wanilii rozciąć i wyskrobać nasionka. Zalać wszystko mlekiem. Zagotować. Zdjąć z ognia, przykryć i odstawić na 30 minut.
Przygotować dwie miski o różnej średnicy tak żeby jedną można było włożyć do drugiej. Wypełnić większą lodem (użyłam jednej metalowej miski, którą uprzednio wstawiłam do zamrażarki na godzinę).
W garnuszku z grubym dnem, ubić razem żółtka, cukier oraz przesianą Maïzenę. Dodać ¼ mleka i nadal ubijać. Gdy wszystko dokładnie się połączy i będzie miało taką samą temperaturę, dodać resztę mleka. Wyjąć laską wanilii.
Podgrzewać delikatnie krem bez przerwy ubijając, aż do momentu, gdy się zagotuje. Gotować 1-2 minuty cały czas ubijając. Zdjąć krem z ognia i przełożyć do mniejszej miski i ustawić ją w misce z lodem. Schładzać cały czas energicznie mieszając, żeby nie porobiły się grudki. Gdy krem osiągnie temperaturę 60°C dodać po trochu masło mieszając, aż dokładnie się rozpuści i połączy z kremem. Ostudzić.
Szczelnie przykryty crème pâtissière można przechowywać do 2 dni w lodówce

Krem z koniakiem:
340 g śmietanki (użyłam 35%)
4 g żelatyny
3 i 1/2 łyżki koniaku (lub rumu jeżeli rodzynki macerowały się w rumie)
190 g kremu pâtissière

Namoczyć listki żelatyny w zimnej wodzie. Odcisnąć i odstawić na bok.
Ubić delikatnie śmietankę (ubiłam mocniej niż delikatnie ;)). Odstawić na bok.
Rozpuścić żelatynę w garnuszku. Dodać koniak i dokładnie wymieszać. Dodać ¼ kremu pâtissière i wymieszać. Jeżeli temperatura kremu jest wyższa niż 21°C, wstawić miskę z kremem do zimnej wody.
Dodać pozostały krem pâtissière, delikatnie wymieszać. Na końcu dodać ubitą śmietankę i ponownie wymieszać.

Przezroczysta polewa:
Jeżeli macie już dosyć i na samą myć o kolejnej chwili spędzonej przy garach, robi się Wam słabo, to możecie użyć galaretki z jabłek lub pigwy. Galaretką, przed użyciem, należy delikatnie podgrzać. Jeżeli macie ochotę przygotować samemu polewę, oto przepis ;)

50 g cukru
1 opakowanie przezroczystej polewy żelującej do tart owocowych (użyłam polewy Dr. Oetker Tortenguss)
150 g wody (dodałam 250 ml)
skórka z połowy cytryny i pomarańczy
łyżeczka soku z cytryny
1/4 laski wanilii
3 listki mięty

Wymieszać polewę żałującą z cukrem. Odstawić na bok.
Wodę podgrzewać z rozkrojoną wanilią, skórką cytryny i pomarańczy. Gdy jest letnia, dodać, cały czas mieszając drewnianą łyżką, wymieszany cukier z polewą. Zagotować, zmniejszyć ogień i gotować około 3 minut. Dodać sok z cytryny i ponownie zagotować. Zdjąć garnek z ognia, dodać listki mięty, przykryć i odstawić na około 15 minut. Odcedzić polewę i pozostawić do całkowitego ostygnięcia w temperaturze pokojowej. Jeśli polewa za mocno się zetnie wystarczy ją delikatnie podgrzać.
Polewę można przechowywać w lodówce przez tydzień lub po prostu ją zamrozić.

Końcówka:)
Odsączyć rodzynki na sitku. Przed użyciem osuszyć je dodatkowo ręczniczkiem papierowym. Przełożyć ciasto ponownie do tortownicy, lub użyć obręczy ze stali nierdzewnej (ta ostania świetnie się sprawdza).
Wylać na ciasto połowę kremu. Na krem wyłożyć rodzynki (zostawić do dekoracji ¼ rodzynek) i przykryć ponownie kremem. Wygładzić starannie wierzch.
Wstawić ciasto na godziną do zamrażalnika. Tak przygotowane ciasto, dokładnie zawinięte w folię można przechowywać w zamrażalniki przez 2 tygodnie.

Udekorować ciasto pozostawionymi rodzynkami oraz świeżym winogronami. Polać przestudzoną polewą i wstawić do lodówki na godzinę.

Smacznego :)


RECETTE EN FRANÇAIS:...

wtorek, 15 września 2009

Weekendowa Cukiernia - odcinek 13... chyba :)


Wszystko zaczęło się pewnego dnia na czacie z Młodą:

"Ja - (...) słuchaj, to jak chcesz ten przepis? Ten na ciasto ofkorsssss, tylko, że on jest wczesnojesienny i trochę pracowity, ale poza tym jest naprawdę OK.
Polka - hmhmhm. Możesz nam gospodarzyć :) w sierpniu?
Ja - A jak to się je?
Polka - :D nijak. Musisz wstawić u siebie zaproszenie i przepis i już :)
Ja - sierpień to lato...
Polka - a ja robię podsumowanie... uppss we wrześniu... sierpień zajęty już :P
Ja - we wrześniu mogie ;)
Polka- no to git :) No i musisz upiec to ciasto :P to mi da pewność, że nie zostanę sama :D
Ja - tylko muszę go najpierw przetłumaczyć. Dlaczego sama?
Polka - proszę bardzo 4 - 6 września i 11-13 września
Ja - upiec też mogę
Polka - pasi?:)
Ja - a nie może być później, tak po 22? Wtedy przyjeżdża moja chrześnica z narzeczonym. Będzie kogo nakarmić :)
Polka - heehe... 18-20 & 25-27 może być?
Ja - 18-20 jest git. Potem może pojedziemy do szaletu i mnie nie będzie... albo poczekaj...
Polka - tzn. to będzie dwuweekend więc obie daty :)
Ja - ... musze się skonsultować z lubym. Jak to DWIE?!?... dzizus... ja nic nie kumam :(
Polka - no bo każdy odcinek trwa dwa tygodnie, żeby, wiesz, nie było co tydzień ciasta :)
Ja - a ja to ciasto muszę zrobić kiedy?
Polka - a kiedy chcesz :) aby do końca dwuweekendu
Ja - reasumując 1.) 18 września mam opublikować przepis na blogu
Polka - hihhi... NIE :D
Ja - 2.) zrobić ciasto i wrzucić na blogu kiedy mi się zachce... Jak to NIE?!?
Polka - przepis musi pójść wcześniej :)
Ja - dobra, tydzień wcześniej wystarczy?
Polka - zazwyczaj jest to wtorek przed pierwszym weekendem, czyli u Ciebie 15/09
Ja - OK
Polka - a później sobie przez dwa tygodnie pieczemy :)
Ja - chyba zaczynam rozumieć... ;)
Polka - super! ale jestem dumna :)
Ja - będę musiała to wszystko przygotować wcześniej, bo w WE wrześniowe jesteśmy cały czas w szalecie, a tam net nie dociera...
Polka - będziesz Gospodynią mojej zabawy :) GDZIE?!?
Ja - w szalecie... tak mi się dawno temu spolszczyło... (chalet po fran. = domek w górach :)) i tak już potocznie używamy tego zwrotu wywołując zdziwienie (...)"

Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że przepis Wam się spodoba i że licznie przyłączycie się do wspólnego pieczenia... Wszak trzeba zrobić wszystko, żeby Młoda nie została sama, cokolwiek miałoby to znaczyć :)
Ciasto zrobiłam po raz pierwszy i ostatni kilka lat temu, bo strasznie mi się spodobało zdjęcie w książce :) Okazało się być rewelacyjne i w sumie proste, pomimo tasiemcowego opisu, tym bardziej, że można je robić partiami.



Pierre Hermé, brownies, koniak i złote perełki:
przepis pochodzi z książki Pierre'a Hermé "Mes desserts préférés" Agnès Vienot Editions, 2003, str. 195

Złote perełki, czyli rodzynki:
120 g żółtych rodzynek (koniecznie muszą być żółte, bo wtedy ładnie wyglądają:))
70 g wody
70 g koniaku (można zastąpić rumem)

Rodzynki umieścić w niewielkim garnuszku. Zalać je wodą i zagotować. Gotować przez 1-2 minuty do momentu, aż woda prawie całkowicie wyparuje.
Zdjąć garnuszek z ognia, zalać koniakiem i podpalić, starając się przy okazji nie poparzyć paluchów, tudzież nie puścić z dymem kuchni ;)
Potrząsać płonącym garnuszkiem do moment, aż płomień zgaśnie. Przełożyć do szklanej miseczki, dokładnie przykryć i ostudzić. Przechować w lodówce nawet do 5 dni. Rodzynki najlepiej przygotować dzień wcześniej.

Brownies:
70 g poszatkowanej gorzkiej czekolady
130 g miękkiego masła
2 jajka średniej wielkości, w temperaturze pokojowej, delikatnie ubite
125 g cukru
60 g przesianej mąki
100 g grubo poszatkowanych orzechów pecan

Nagrzać piekarnik do 180°C. Wysmarować tortownicę o ø 22 cm masłem i wyłożyć papierem do pieczenia.
Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej. Zdjąć z ognia i odczekać, aż jej temperatura spadnie do 45°C (gdy robiłam pierwszym razem, nie miałam termometru... i też wyszło ;)).
Masło delikatnie wymieszać przy pomocy silikonowej łopatki do momentu, aż uzyska kremową konsystencję (oczywiście użyłam miksera na najwolniejszych obrotach ;)) Dodawać, cały czas dokładnie mieszając, czekoladę, jajka, cukier mąkę oraz orzechy pecan.
Przełożyć ciasto do tortownicy. Piec około 10-13 minut. Ciasto powinno mieć suche brzegi i delikatnie kleić się po środku. Wyjąć z piekarnika i pozostawić do ostygnięcia.
Ciasto, dokładnie zawinięte, można przechowywać przez 2 dni w lodówce lub przez miesiąc w zamrażalniku.

Crème pâtissière:
125 g pełnotłustego mleka
1/2 laski wanilii
2 małe żółtka
25 g cukru
11 i 1/2 g przesianej Maïzeny (lub mąki ziemniaczanej)
12 i 1/2 g miękkiego masła

Laskę wanilii rozciąć i wyskrobać nasionka. Zalać wszystko mlekiem. Zagotować. Zdjąć z ognia, przykryć i odstawić na 30 minut.
Przygotować dwie miski o różnej średnicy tak żeby jedną można było włożyć do drugiej. Wypełnić większą lodem (użyłam jednej metalowej miski, którą uprzednio wstawiłam do zamrażarki na godzinę).
W garnuszku z grubym dnem, ubić razem żółtka, cukier oraz przesianą Maïzenę. Dodać ¼ mleka i nadal ubijać. Gdy wszystko dokładnie się połączy i będzie miało taką samą temperaturę, dodać resztę mleka. Wyjąć laską wanilii.
Podgrzewać delikatnie krem bez przerwy ubijając, aż do momentu, gdy się zagotuje. Gotować 1-2 minuty cały czas ubijając. Zdjąć krem z ognia i przełożyć do mniejszej miski i ustawić ją w misce z lodem. Schładzać cały czas energicznie mieszając, żeby nie porobiły się grudki. Gdy krem osiągnie temperaturę 60°C dodać po trochu masło mieszając, aż dokładnie się rozpuści i połączy z kremem. Ostudzić.
Szczelnie przykryty crème pâtissière można przechowywać do 2 dni w lodówce

Krem z koniakiem :
340 g śmietanki (użyłam 35%)
4 g żelatyny
3 i 1/2 łyżki koniaku (lub rumu jeżeli rodzynki macerowały się w rumie)
190 g kremu pâtissière

Namoczyć listki żelatyny w zimnej wodzie. Odcisnąć i odstawić na bok.
Ubić delikatnie śmietankę (ubiłam mocniej niż delikatnie ;)). Odstawić na bok.
Rozpuścić żelatynę w garnuszku. Dodać koniak i dokładnie wymieszać. Dodać ¼ kremu pâtissière i wymieszać. Jeżeli temperatura kremu jest wyższa niż 21°C, wstawić miskę z kremem do zimnej wody.
Dodać pozostały krem pâtissière, delikatnie wymieszać. Na końcu dodać ubitą śmietankę i ponownie wymieszać.

Przezroczysta polewa:
Jeżeli macie już dosyć i na samą myć o kolejnej chwili spędzonej przy garach, robi się Wam słabo, to możecie użyć galaretki z jabłek lub pigwy. Galaretką, przed użyciem, należy delikatnie podgrzać. Jeżeli macie ochotę przygotować samemu polewę, oto przepis ;)

50 g cukru
1 opakowanie przezroczystej polewy żelującej do tart owocowych
150 g wody
skórka z połowy cytryny i pomarańczy
łyżeczka soku z cytryny
1/4 laski wanilii
3 listki mięty

Wymieszać polewę żałującą z cukrem. Odstawić na bok.
Wodę podgrzewać z rozkrojoną wanilią, skórką cytryny i pomarańczy. Gdy jest letnia, dodać, cały czas mieszając drewnianą łyżką, wymieszany cukier z polewą. Zagotować, zmniejszyć ogień i gotować około 3 minut. Dodać sok z cytryny i ponownie zagotować. Zdjąć garnek z ognia, dodać listki mięty, przykryć i odstawić na około 15 minut. Odcedzić polewę i pozostawić do całkowitego ostygnięcia w temperaturze pokojowej. Jeśli polewa za mocno się zetnie wystarczy ją delikatnie podgrzać.
Polewę można przechowywać w lodówce przez tydzień lub po prostu ją zamrozić.

Końcówka:)
Odsączyć rodzynki na sitku. Przed użyciem osuszyć je dodatkowo ręczniczkiem papierowym. Przełożyć ciasto ponownie do tortownicy, lub użyć obręczy ze stali nierdzewnej (ta ostania świetnie się sprawdza).
Wylać na ciasto połowę kremu. Na krem wyłożyć rodzynki (zostawić do dekoracji ¼ rodzynek) i przykryć ponownie kremem. Wygładzić starannie wierzch.
Wstawić ciasto na godziną do zamrażalnika. Tak przygotowane ciasto, dokładnie zawinięte w folię można przechowywać w zamrażalniki przez 2 tygodnie.

Udekorować ciasto pozostawionymi rodzynkami oraz świeżym winogronami. Polać zimną polewą i wstawić do lodówki na godzinę.

Smacznego :)


UWAGI:
Widzę, że znalezienie polewy przysparza trochę kłopotów.
Po przestudiowaniu składu tego niedostępnego cuda doszłam do wniosku, że można pokombinować z żelatyną. Dodać więcej soku z cytryny lub pomarańczy. W ten sposób wykonać coś w rodzaju galaretki cytrynowej lub pomarańczowej.
Myślałam także o zastąpieniu tej polewy zwykłą galaretką. Jednak szybko odrzuciłam ten pomyśl, bo galaretka cytrynowa jest żółta. Jej kolor zmieni zdecydowanie wygląd ciasta.