poniedziałek, 9 listopada 2009

Krem brûlée z dynia Hokkaido

Ten przepis, jak wiele innych zresztą, miał wziąć udział w Dyniowym Festiwalu Bei. Nie wziął. W miedzy czasie ciężkie chmury przysłoniły słońce. Ciężko jest cieszyć się ze wspólnej zabawy, gdy myśli błądzą daleko. Ciężko jest pisać, gdy każde napisane słowo wydaje się być nie na miejscu. Ciężko jest napawać się smakiem ulubionych potraw, gdy bliska nam osoba przegrywa walkę z chorobą, której pokonać nie można. Wszystko wydaje się takie banalne i bez sensu.
Wybaczcie moje milczenie. Jestem. Cały czas czytam Wasze komentarze i przepiękne wypisy na Waszych blogach. Nie stacza mi jednak siły, żeby napisać coś ode mnie.


Krem brûlée z dynią Hokkaido - porcja dla 4 osób :
250 g dyni Hokkaido (waga po wydrążeniu)
350 ml pełnotłustego mleka
300 ml śmietanki kremówki (35% zawartości tłuszczu)
100 g brązowego cukru trzcinowego
5 żółtek
1 łyżeczka przyprawy do pierników
szczypta soli
5 łyżek cukru

Przygotowanie:
Dynię dokładnie umyć, wydrążyć i pokroić w kostkę. Dyni Hokkaido nie powinno się obierać. Jej skórka jest bardzo cienka i nadaje pięknego koloru i wyrazistego smaku potrawom.
Zalać pokrojoną dynię połową mleka i gotować, aż zacznie się rozpadać. Dokładnie zmiksować. Wymieszać z resztą mleka, śmietanką i przyprawą do pierników oraz szczyptą soli. Doprowadzić powoli do wrzenia. Nie gotować!
W tym czasie wymiesza delikatnie żółtka z cukrem. Cały czas mieszając, wlać na żółtka gorącą śmietankę. Rozlać krem do żaroodpornych foremek.
Nagrzać piekarnik do 100°C. Na głębokiej blasze ustawić foremki z kremem i wstawić blachę do piekarnika. Wylać na nią tyle wody, aby sięgała do 3/4 wysokości foremek.
Piec około 45 minut, do momentu, gdy krem się zetnie, a po poruszeniu foremką nadal będzie sprężysty. Studzić na kratce. Zimny krem wstawić na kilka godzin do lodówki.
Tuż przed podaniem oprószyć każdą porcję kremu cukrem i skarmelizować przy pomocy gazowego palnika lub pod bardzo mocno rozgrzany grillem w piekarniku. Podawać natychmiast.

Smacznego!

RECETTE EN FRANÇAIS: Crème brûlée au potimarron

sobota, 3 października 2009

Cytrynowe ciasto z sosem z owocow marakui

Na całym świecie istnieje około 500 gatunków Passiflory, inaczej zwanej Męczennicą (Passiflora edulis). Jej uprawa skoncentrowana jest w Ameryce Południowej, Australii, w niektórych regionach Afryki oraz na wsypach Fidżi, Hawajach oraz Sri Lance. Na dużą skale uprawiane są głownie dwa gatunki. Męczennica purpurowa (owoc widoczny na zdjęciu), o pomarszczonej woskowatej skórce oraz Męczennica żółta o nieco większych owocach pokrytych gładka, pomarańczową skórka. Pierwszą odmianę częściej używa się do spożywania na surowo, w koktajlach lub lodach. Druga, żółta odmiana o zdecydowanie bardziej kwaskowym smaku, używana jest przede wszystkim w przetwórstwie spożywczym.
W owocach marakui znajdziemy dużo witaminy C oraz sporo wapnia i żelaza. Poza tym 100 g owocu dostarcza 75 kalorii, co jeszcze bardziej zwiększa jego atrakcyjność ;)
Aby dostać się do niezwykle aromatycznego, kwaskowatego miąższu należy owoc rozkroić na pół i wyjąć łyżeczką miąższ wraz z pestkami. Następnie, aby uzyskać sok wystarczy przetrzeć miąższ przez sitko. Zawsze zachowuję 2-3 łyżki czarnych pestek, które są jak najbardziej jadalne i przepięknie prezentują się w ciastach, lodach i sosach owocowych.


Przepiękne kwiaty passiflory oraz jej owoce o egzotycznym, kwaskowatym smaku zawsze mnie fascynowały. Kiedyś nawet miałam ich prywatną uprawę na naszym mocno nasłonecznionym balkonie, na którym męczennica czuła się najwyraźniej wspaniale, bo co roku przepięknie kwitła i owocowała. Nigdy jednak nie dane było nam spróbować owoców własnej produkcji... Nasze brytany, zwłaszcza berneńczyk, były szybsze :) Gdy owoc marakui był gotowy do spożycia, Nikos spokojnie podchodził i po prostu go zjadał nie zwracając najmniejsze uwagi na nasze głośnie protesty.


Cytrynowe ciasto z sosem z owoców marakui – podłużna forma o długości 30 cm.
Ciasto:
250 g mąki
165 g cukru
75 g masła
2 jaja
2 żółtka
pół szklanki tłustego, greckiego jogurtu Total
półtorej łyżeczki proszku do pieczenia
2 łyżki świeżo wyciśniętego soku z cytryny
2 łyżki świeżo wyciśniętego soku z marakui wraz z pestkami
skórka otarta z 1 cytryny
szczypta soli

Sos owocowy:
1 szklanka cukru
sok z 10 marakui
sok z 1 cytryny

Przygotowanie:
Piekarnik nagrzać do 170°C. Formę na keks wyłożyć papierem do pieczenia. Rozpuścić i przestudzić masło.
Przesiać mąkę wraz z proszkiem do pieczenia. Dodać cukier, szczyptę soli i wymieszać. Jajka i żółtka delikatnie ubić. Wlać do mąki i delikatnie mieszać za pomocą miksera do uzyskania gładkiego, lśniącego ciasta. W tym czasie ubić trzepaczka masło z jogurtem, sokiem z cytryny i marakui. Dodać do ciasta i ponownie dokładnie wymieszać. Przelać ciasto do formy. Piec, około 60 minut, do suchego patyczka.
W tym czasie przygotować sos. W garnuszku z grubym dnem wymieszać cukier z sokiem z cytryn i marakui. Delikatnie podgrzewać aż cały cukier się rozpuści i sos zacznie gęstnieć.
Po wyjęciu ciasta z piekarnika, gęsto ponakłuwać je drewnianym patyczkiem. Polewać ciasto gorącym sosem starając się aby jak najwięcej sosu wsiąkło w dziurki po patyczku. Pozostawić do całkowitego ostygnięcia.

Smacznego!


RECETTE EN FRANÇAIS: Cake au citron et sauce de fruits de la passion

środa, 30 września 2009

Ostatni dzien lata... pierwszy dzien jesieni...

Kiedy, 14 lat temu, po raz pierwszy Ptit Suisse zabrał mnie do górskiej chaty (słynnego już szaletu ;)) w dolinie Turmanntal, nie miałam najmniejszego pojęcia czego się spodziewać. Znałam Bieszczady i Tatry. W Alpach byłam pierwszy raz w życiu.
Na prawie 2000 mnpm wjeżdżaliśmy po ciemku. Na szczęście Ptit Suisse zna drogę na pamięć... Nie było widać nic poza usianym gwiazdami niebem. Podejrzewałam, że tam musi być pięknie. Jednak gdy rano otworzyłam okiennice i zobaczyłam błękitne niebo oraz lodowiec, potrzebowałam dobrych kilku chwil, żeby poradzić sobie z totalnym opadem szczeki. Potem wyrwało mi się bardzo niecenzuralne słowo... ;)

Zapraszam do wspólnego zdobywania szczytów :)


















EN FRANCAIS:...

czwartek, 24 września 2009

Pierre Hermé, brownies, koniak i zlote perelki


Kolejna, 13-sta edycja, Weekendowej Cukierni dobiega końca. Jeżeli jeszcze najdzie Was ochota na przyłączenie się do wspólnej zabawy, to macie trzy dni na zakasanie rękawów i popełnienie zaproponowanego ciasta. Nie będziecie żałować! Wszystkich tych, którzy obawiają się, że ciasto jest pracochłonne wyprowadzam z błędu. Ono tylko tak strasznie wygląda, robi się je w mgnieniu oka, zawłaszcza gdy do pracy zagoni się pozostałych domowników... w końcu jak chcę jeść, to niech trochę popracują ;)
Pod koniec weekendu, nie zapomnijcie przesłać mejla do Młodej z linką do przepisu na Waszym blogu. Ona już zajmie się resztą. Dziękuję Poleczko :*

Ja zmuszona jestem pospieszyć się z publikacją moich zmagań z przepisem Pierre Hermé, ponieważ, jak już wcześniej to zostało zapowiedziane, wrześniowe weekendy spędzamy w szalecie (fran. chalet – chata/domek w górach i nie tylko :)) kompletnie odcięci od netu oraz telefonu. Świat może się zawalić, a my będziemy żyć w nieświadomości... przynajmniej do niedzieli wieczorem. To jeszcze muszę się Wam pochwalić, bo od tygodnia chodzę dumna i blada, gdyż w zeszłą niedzielę pokonałam samą siebie oraz przełęcz Forcletta na wysokości 2876 mnmp. Pokonałam i nie umarłam, co należy okreścić mianem cudu :D

Dziękuję za wspólną zabawę i życzę Wam pięknego, jesiennego weekendu. Do zobaczenia wkrótce!



Pierre Hermé, brownies, koniak i złote perełki:
przepis pochodzi z książki Pierre'a Hermé "Mes desserts préférés" Agnès Vienot Editions, 2003, str. 195

Złote perełki, czyli rodzynki:
120 g żółtych rodzynek (koniecznie muszą być żółte, bo wtedy ładnie wyglądają:))
70 g wody
70 g koniaku (można zastąpić rumem)

Rodzynki umieścić w niewielkim garnuszku. Zalać je wodą i zagotować. Gotować przez 1-2 minuty do momentu, aż woda prawie całkowicie wyparuje.
Zdjąć garnuszek z ognia, zalać koniakiem i podpalić, starając się przy okazji nie poparzyć paluchów, tudzież nie puścić z dymem kuchni ;)
Potrząsać płonącym garnuszkiem do moment, aż płomień zgaśnie. Przełożyć do szklanej miseczki, dokładnie przykryć i ostudzić. Przechować w lodówce nawet do 5 dni. Rodzynki najlepiej przygotować dzień wcześniej.

Brownies:
70 g poszatkowanej gorzkiej czekolady
130 g miękkiego masła
2 jajka średniej wielkości, w temperaturze pokojowej, delikatnie ubite
125 g cukru
60 g przesianej mąki
100 g grubo poszatkowanych orzechów pecan (można zastąpić włoskimi)

Nagrzać piekarnik do 180°C. Wysmarować tortownicę o ø 22 cm masłem i wyłożyć papierem do pieczenia.
Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej. Zdjąć z ognia i odczekać, aż jej temperatura spadnie do 45°C (gdy robiłam pierwszym razem, nie miałam termometru... i też wyszło ;)).
Masło delikatnie wymieszać przy pomocy silikonowej łopatki do momentu, aż uzyska kremową konsystencję (oczywiście użyłam miksera na najwolniejszych obrotach ;)) Dodawać, cały czas dokładnie mieszając, czekoladę, jajka, cukier mąkę oraz orzechy pecan.
Przełożyć ciasto do tortownicy. Piec około 10-13 minut. Ciasto powinno mieć suche brzegi i delikatnie kleić się po środku. Wyjąć z piekarnika i pozostawić do ostygnięcia.
Ciasto, dokładnie zawinięte, można przechowywać przez 2 dni w lodówce lub przez miesiąc w zamrażalniku.

Crème pâtissière:
125 g pełnotłustego mleka
1/2 laski wanilii
2 małe żółtka
25 g cukru
11 i 1/2 g przesianej Maïzeny (lub mąki ziemniaczanej)
12 i 1/2 g miękkiego masła

Laskę wanilii rozciąć i wyskrobać nasionka. Zalać wszystko mlekiem. Zagotować. Zdjąć z ognia, przykryć i odstawić na 30 minut.
Przygotować dwie miski o różnej średnicy tak żeby jedną można było włożyć do drugiej. Wypełnić większą lodem (użyłam jednej metalowej miski, którą uprzednio wstawiłam do zamrażarki na godzinę).
W garnuszku z grubym dnem, ubić razem żółtka, cukier oraz przesianą Maïzenę. Dodać ¼ mleka i nadal ubijać. Gdy wszystko dokładnie się połączy i będzie miało taką samą temperaturę, dodać resztę mleka. Wyjąć laską wanilii.
Podgrzewać delikatnie krem bez przerwy ubijając, aż do momentu, gdy się zagotuje. Gotować 1-2 minuty cały czas ubijając. Zdjąć krem z ognia i przełożyć do mniejszej miski i ustawić ją w misce z lodem. Schładzać cały czas energicznie mieszając, żeby nie porobiły się grudki. Gdy krem osiągnie temperaturę 60°C dodać po trochu masło mieszając, aż dokładnie się rozpuści i połączy z kremem. Ostudzić.
Szczelnie przykryty crème pâtissière można przechowywać do 2 dni w lodówce

Krem z koniakiem:
340 g śmietanki (użyłam 35%)
4 g żelatyny
3 i 1/2 łyżki koniaku (lub rumu jeżeli rodzynki macerowały się w rumie)
190 g kremu pâtissière

Namoczyć listki żelatyny w zimnej wodzie. Odcisnąć i odstawić na bok.
Ubić delikatnie śmietankę (ubiłam mocniej niż delikatnie ;)). Odstawić na bok.
Rozpuścić żelatynę w garnuszku. Dodać koniak i dokładnie wymieszać. Dodać ¼ kremu pâtissière i wymieszać. Jeżeli temperatura kremu jest wyższa niż 21°C, wstawić miskę z kremem do zimnej wody.
Dodać pozostały krem pâtissière, delikatnie wymieszać. Na końcu dodać ubitą śmietankę i ponownie wymieszać.

Przezroczysta polewa:
Jeżeli macie już dosyć i na samą myć o kolejnej chwili spędzonej przy garach, robi się Wam słabo, to możecie użyć galaretki z jabłek lub pigwy. Galaretką, przed użyciem, należy delikatnie podgrzać. Jeżeli macie ochotę przygotować samemu polewę, oto przepis ;)

50 g cukru
1 opakowanie przezroczystej polewy żelującej do tart owocowych (użyłam polewy Dr. Oetker Tortenguss)
150 g wody (dodałam 250 ml)
skórka z połowy cytryny i pomarańczy
łyżeczka soku z cytryny
1/4 laski wanilii
3 listki mięty

Wymieszać polewę żałującą z cukrem. Odstawić na bok.
Wodę podgrzewać z rozkrojoną wanilią, skórką cytryny i pomarańczy. Gdy jest letnia, dodać, cały czas mieszając drewnianą łyżką, wymieszany cukier z polewą. Zagotować, zmniejszyć ogień i gotować około 3 minut. Dodać sok z cytryny i ponownie zagotować. Zdjąć garnek z ognia, dodać listki mięty, przykryć i odstawić na około 15 minut. Odcedzić polewę i pozostawić do całkowitego ostygnięcia w temperaturze pokojowej. Jeśli polewa za mocno się zetnie wystarczy ją delikatnie podgrzać.
Polewę można przechowywać w lodówce przez tydzień lub po prostu ją zamrozić.

Końcówka:)
Odsączyć rodzynki na sitku. Przed użyciem osuszyć je dodatkowo ręczniczkiem papierowym. Przełożyć ciasto ponownie do tortownicy, lub użyć obręczy ze stali nierdzewnej (ta ostania świetnie się sprawdza).
Wylać na ciasto połowę kremu. Na krem wyłożyć rodzynki (zostawić do dekoracji ¼ rodzynek) i przykryć ponownie kremem. Wygładzić starannie wierzch.
Wstawić ciasto na godziną do zamrażalnika. Tak przygotowane ciasto, dokładnie zawinięte w folię można przechowywać w zamrażalniki przez 2 tygodnie.

Udekorować ciasto pozostawionymi rodzynkami oraz świeżym winogronami. Polać przestudzoną polewą i wstawić do lodówki na godzinę.

Smacznego :)


RECETTE EN FRANÇAIS:...

wtorek, 15 września 2009

Weekendowa Cukiernia - odcinek 13... chyba :)


Wszystko zaczęło się pewnego dnia na czacie z Młodą:

"Ja - (...) słuchaj, to jak chcesz ten przepis? Ten na ciasto ofkorsssss, tylko, że on jest wczesnojesienny i trochę pracowity, ale poza tym jest naprawdę OK.
Polka - hmhmhm. Możesz nam gospodarzyć :) w sierpniu?
Ja - A jak to się je?
Polka - :D nijak. Musisz wstawić u siebie zaproszenie i przepis i już :)
Ja - sierpień to lato...
Polka - a ja robię podsumowanie... uppss we wrześniu... sierpień zajęty już :P
Ja - we wrześniu mogie ;)
Polka- no to git :) No i musisz upiec to ciasto :P to mi da pewność, że nie zostanę sama :D
Ja - tylko muszę go najpierw przetłumaczyć. Dlaczego sama?
Polka - proszę bardzo 4 - 6 września i 11-13 września
Ja - upiec też mogę
Polka - pasi?:)
Ja - a nie może być później, tak po 22? Wtedy przyjeżdża moja chrześnica z narzeczonym. Będzie kogo nakarmić :)
Polka - heehe... 18-20 & 25-27 może być?
Ja - 18-20 jest git. Potem może pojedziemy do szaletu i mnie nie będzie... albo poczekaj...
Polka - tzn. to będzie dwuweekend więc obie daty :)
Ja - ... musze się skonsultować z lubym. Jak to DWIE?!?... dzizus... ja nic nie kumam :(
Polka - no bo każdy odcinek trwa dwa tygodnie, żeby, wiesz, nie było co tydzień ciasta :)
Ja - a ja to ciasto muszę zrobić kiedy?
Polka - a kiedy chcesz :) aby do końca dwuweekendu
Ja - reasumując 1.) 18 września mam opublikować przepis na blogu
Polka - hihhi... NIE :D
Ja - 2.) zrobić ciasto i wrzucić na blogu kiedy mi się zachce... Jak to NIE?!?
Polka - przepis musi pójść wcześniej :)
Ja - dobra, tydzień wcześniej wystarczy?
Polka - zazwyczaj jest to wtorek przed pierwszym weekendem, czyli u Ciebie 15/09
Ja - OK
Polka - a później sobie przez dwa tygodnie pieczemy :)
Ja - chyba zaczynam rozumieć... ;)
Polka - super! ale jestem dumna :)
Ja - będę musiała to wszystko przygotować wcześniej, bo w WE wrześniowe jesteśmy cały czas w szalecie, a tam net nie dociera...
Polka - będziesz Gospodynią mojej zabawy :) GDZIE?!?
Ja - w szalecie... tak mi się dawno temu spolszczyło... (chalet po fran. = domek w górach :)) i tak już potocznie używamy tego zwrotu wywołując zdziwienie (...)"

Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że przepis Wam się spodoba i że licznie przyłączycie się do wspólnego pieczenia... Wszak trzeba zrobić wszystko, żeby Młoda nie została sama, cokolwiek miałoby to znaczyć :)
Ciasto zrobiłam po raz pierwszy i ostatni kilka lat temu, bo strasznie mi się spodobało zdjęcie w książce :) Okazało się być rewelacyjne i w sumie proste, pomimo tasiemcowego opisu, tym bardziej, że można je robić partiami.



Pierre Hermé, brownies, koniak i złote perełki:
przepis pochodzi z książki Pierre'a Hermé "Mes desserts préférés" Agnès Vienot Editions, 2003, str. 195

Złote perełki, czyli rodzynki:
120 g żółtych rodzynek (koniecznie muszą być żółte, bo wtedy ładnie wyglądają:))
70 g wody
70 g koniaku (można zastąpić rumem)

Rodzynki umieścić w niewielkim garnuszku. Zalać je wodą i zagotować. Gotować przez 1-2 minuty do momentu, aż woda prawie całkowicie wyparuje.
Zdjąć garnuszek z ognia, zalać koniakiem i podpalić, starając się przy okazji nie poparzyć paluchów, tudzież nie puścić z dymem kuchni ;)
Potrząsać płonącym garnuszkiem do moment, aż płomień zgaśnie. Przełożyć do szklanej miseczki, dokładnie przykryć i ostudzić. Przechować w lodówce nawet do 5 dni. Rodzynki najlepiej przygotować dzień wcześniej.

Brownies:
70 g poszatkowanej gorzkiej czekolady
130 g miękkiego masła
2 jajka średniej wielkości, w temperaturze pokojowej, delikatnie ubite
125 g cukru
60 g przesianej mąki
100 g grubo poszatkowanych orzechów pecan

Nagrzać piekarnik do 180°C. Wysmarować tortownicę o ø 22 cm masłem i wyłożyć papierem do pieczenia.
Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej. Zdjąć z ognia i odczekać, aż jej temperatura spadnie do 45°C (gdy robiłam pierwszym razem, nie miałam termometru... i też wyszło ;)).
Masło delikatnie wymieszać przy pomocy silikonowej łopatki do momentu, aż uzyska kremową konsystencję (oczywiście użyłam miksera na najwolniejszych obrotach ;)) Dodawać, cały czas dokładnie mieszając, czekoladę, jajka, cukier mąkę oraz orzechy pecan.
Przełożyć ciasto do tortownicy. Piec około 10-13 minut. Ciasto powinno mieć suche brzegi i delikatnie kleić się po środku. Wyjąć z piekarnika i pozostawić do ostygnięcia.
Ciasto, dokładnie zawinięte, można przechowywać przez 2 dni w lodówce lub przez miesiąc w zamrażalniku.

Crème pâtissière:
125 g pełnotłustego mleka
1/2 laski wanilii
2 małe żółtka
25 g cukru
11 i 1/2 g przesianej Maïzeny (lub mąki ziemniaczanej)
12 i 1/2 g miękkiego masła

Laskę wanilii rozciąć i wyskrobać nasionka. Zalać wszystko mlekiem. Zagotować. Zdjąć z ognia, przykryć i odstawić na 30 minut.
Przygotować dwie miski o różnej średnicy tak żeby jedną można było włożyć do drugiej. Wypełnić większą lodem (użyłam jednej metalowej miski, którą uprzednio wstawiłam do zamrażarki na godzinę).
W garnuszku z grubym dnem, ubić razem żółtka, cukier oraz przesianą Maïzenę. Dodać ¼ mleka i nadal ubijać. Gdy wszystko dokładnie się połączy i będzie miało taką samą temperaturę, dodać resztę mleka. Wyjąć laską wanilii.
Podgrzewać delikatnie krem bez przerwy ubijając, aż do momentu, gdy się zagotuje. Gotować 1-2 minuty cały czas ubijając. Zdjąć krem z ognia i przełożyć do mniejszej miski i ustawić ją w misce z lodem. Schładzać cały czas energicznie mieszając, żeby nie porobiły się grudki. Gdy krem osiągnie temperaturę 60°C dodać po trochu masło mieszając, aż dokładnie się rozpuści i połączy z kremem. Ostudzić.
Szczelnie przykryty crème pâtissière można przechowywać do 2 dni w lodówce

Krem z koniakiem :
340 g śmietanki (użyłam 35%)
4 g żelatyny
3 i 1/2 łyżki koniaku (lub rumu jeżeli rodzynki macerowały się w rumie)
190 g kremu pâtissière

Namoczyć listki żelatyny w zimnej wodzie. Odcisnąć i odstawić na bok.
Ubić delikatnie śmietankę (ubiłam mocniej niż delikatnie ;)). Odstawić na bok.
Rozpuścić żelatynę w garnuszku. Dodać koniak i dokładnie wymieszać. Dodać ¼ kremu pâtissière i wymieszać. Jeżeli temperatura kremu jest wyższa niż 21°C, wstawić miskę z kremem do zimnej wody.
Dodać pozostały krem pâtissière, delikatnie wymieszać. Na końcu dodać ubitą śmietankę i ponownie wymieszać.

Przezroczysta polewa:
Jeżeli macie już dosyć i na samą myć o kolejnej chwili spędzonej przy garach, robi się Wam słabo, to możecie użyć galaretki z jabłek lub pigwy. Galaretką, przed użyciem, należy delikatnie podgrzać. Jeżeli macie ochotę przygotować samemu polewę, oto przepis ;)

50 g cukru
1 opakowanie przezroczystej polewy żelującej do tart owocowych
150 g wody
skórka z połowy cytryny i pomarańczy
łyżeczka soku z cytryny
1/4 laski wanilii
3 listki mięty

Wymieszać polewę żałującą z cukrem. Odstawić na bok.
Wodę podgrzewać z rozkrojoną wanilią, skórką cytryny i pomarańczy. Gdy jest letnia, dodać, cały czas mieszając drewnianą łyżką, wymieszany cukier z polewą. Zagotować, zmniejszyć ogień i gotować około 3 minut. Dodać sok z cytryny i ponownie zagotować. Zdjąć garnek z ognia, dodać listki mięty, przykryć i odstawić na około 15 minut. Odcedzić polewę i pozostawić do całkowitego ostygnięcia w temperaturze pokojowej. Jeśli polewa za mocno się zetnie wystarczy ją delikatnie podgrzać.
Polewę można przechowywać w lodówce przez tydzień lub po prostu ją zamrozić.

Końcówka:)
Odsączyć rodzynki na sitku. Przed użyciem osuszyć je dodatkowo ręczniczkiem papierowym. Przełożyć ciasto ponownie do tortownicy, lub użyć obręczy ze stali nierdzewnej (ta ostania świetnie się sprawdza).
Wylać na ciasto połowę kremu. Na krem wyłożyć rodzynki (zostawić do dekoracji ¼ rodzynek) i przykryć ponownie kremem. Wygładzić starannie wierzch.
Wstawić ciasto na godziną do zamrażalnika. Tak przygotowane ciasto, dokładnie zawinięte w folię można przechowywać w zamrażalniki przez 2 tygodnie.

Udekorować ciasto pozostawionymi rodzynkami oraz świeżym winogronami. Polać zimną polewą i wstawić do lodówki na godzinę.

Smacznego :)


UWAGI:
Widzę, że znalezienie polewy przysparza trochę kłopotów.
Po przestudiowaniu składu tego niedostępnego cuda doszłam do wniosku, że można pokombinować z żelatyną. Dodać więcej soku z cytryny lub pomarańczy. W ten sposób wykonać coś w rodzaju galaretki cytrynowej lub pomarańczowej.
Myślałam także o zastąpieniu tej polewy zwykłą galaretką. Jednak szybko odrzuciłam ten pomyśl, bo galaretka cytrynowa jest żółta. Jej kolor zmieni zdecydowanie wygląd ciasta.

poniedziałek, 14 września 2009

Nad Baltykiem

Od zawsze marzyłam o drewnianym domku nad morzem. Miejscu, w którym, co roku, moglibyśmy spędzać wakacje z przyjaciółmi. Wspólnie gotować, chodzić po lecie i polach, kąpać się w morzu, jeździć na rowerach, a wieczorami grać w karty lub kości i naprawiać świat.
Kilka lat temu postanowiłam, że należy przejść do czynu. Ponieważ jestem w gorącej wodzie kąpana, to pomysł szybko zrealizowałam wyszukując działkę w Internecie i... kupując ją niemalże w ciemno. Działką zobaczyliśmy na własne oczy na kilka godzin przed popisaniem aktu notarialnego :) Było to nasze pierwsze spotkanie z Wyspą Wolin, która okazała się być miejscem niezwykle interesującym pod każdym względem. Fauna i flora (czy spotkaliście kiedyś kraby nad naszym pięknym Bałtykiem?) zachwyca na każdym kroku, zabytki architektury, pomimo tego, że znajdują się w opłakanym stanie, wprawiają w osłupienie, a napotkane stanowiska archeologiczne wywołują błogi uśmiech na twarzach naszych mężów. Czego chcieć więcej?
Mój Anioł Stróż musi mieć stalowe nerwy, żeby stawiać czoła moim pomysłom i przede wszystkim musi mnie bardzo lubić... Nie dość, że działka okazała się być pięknie położona, choć do morza jej daleko, to jeszcze Hania i Krzysztof, od których działkę kupiliśmy okazali się tak sympatyczni, że nasze kontakty nie skończył się przy podpisaniu aktu kupna-sprzedaży. Wręcz przeciwnie trwają nadal i mają się bardzo dobrze :)
W czasie naszego pierwszego pobytu w tamtych stronach trafiliśmy przypadkiem na wspaniały dom gościny u Pani Aureli i Pana Mirka. Tak nam się u nich spodobało, że od kilku lat, poza sezonem, przyjeżdżamy do Morskich Opowieści całą grupą przyjaciół. W Morskich powieściach jest jak w domu. Zawsze uśmiechnięta pani Aurelia, dąsa się gdy za mało, według niej, zjemy na śniadanie. Pan Mirek z kolej z wielką chęcią prezentuje swoją wspaniałą kolekcję starych pocztówek z Dziwnowa oraz opowiada historię tych terenów.
A działka? A drewniany domek? Działka zarasta pięknymi brzozami... co wcale mi nie przeszkadza, bo od zawsze marzyłam o brzozowym zagajniku :) Drewniany domek wybudujemy kiedy przejdziemy na emeryturę lub kiedy trafimy szóstkę w totolotka ;)















Dom Gościnny Morskie Opowieści
Ul E. Orzeszkowej 4
72-420 Dziwnów
tel. 091.381.34.26
tel. kom. 0607.105.405


EN FRANÇAIS: Au bord de la Baltic